Nikt nie spełni Twoich marzeń za Ciebie

Od kiedy pamiętam zapytana o to, jakie jest moje największe marzenie bez chwili zastanowienia odpowiadałam: “Chcę polecieć na Kubę, zanim dotrze tam współczesność”. Już w tamtym roku przestałam mówić, że to jest moje marzenie- zamiast tego zaczęłam się sukcesywnie przygotowywać do wyjazdu i zamiast mówić, że “chcę lecieć” używałam sformułowania “lecę”. Standardowe poszukiwanie biletów, orientowanie się w kwestiach organizacyjnych, takich jak transport między poszczególnymi miastami, wymiana pieniędzy, czy też zarezerwowanie noclegu stało się moim małym, codziennym rytuałem. W połowie stycznia, nie zastanawiając się nawet 5 minut od wyświetlenia oferty kupiłam bilet- dwa miesiące i kilkadziesiąt godzin w podróży dzieliły mnie od dotarcia do najbardziej wymarzonego przeze mnie miejsca na Ziemii. Przez ten czas piętrzyło się we mnie wiele obaw- nie wyjeżdżałam co prawda sama, ale lecące ze mną osoby nie mówiły ani po angielsku ani po hiszpańsku, więc ciężar organizacyjno-komunikacyjny spadał w całości na mnie- takiej odpowiedzialności dotąd nie miałam podczas żadnej z podróży. Okazuje się, że czasami warto pójść o krok dalej własnie po to, żeby jeszcze bardziej uwierzyć w swoje możliwości i żeby zobaczyć, jak wiele kolejnych drzwi otwiera się w momencie, kiedy przełamie się kolejne lęki. Teraz już wiem, że następna podróż, w którą wyruszę będzie jeszcze przyjemniejsza, dzięki temu, że sprawdziłam siebie w nieznanych sobie do tej pory sytuacjach i znów przekonałam się, że jestem w stanie poradzić sobie w większości z nich.

A co do samej Kuby- mogłabym o niej opowiadać godzinami. Jedyne czego żałowałam będąc tam, to to, że jestem tam tak krótko (sam pobyt trwał 8 dni). Wszystko inne było jak jeden niekończący się sen. Obrazki jak żywcem wyciągnięte z filmu “Buena Vista Social Club”- Hawana zatrzymana w czasie kilkadziesiąt lat temu, muzyka na każdym kroku (mimo tego, że traktowana jako główne źródło utrzymania to nadal jeszcze grana z przyjemnością). Uśmiechy Kubańczyków i pytania “skąd jesteś” (propozycje -“Taxi, boyfriend?” też padały często, ale wypowiadane z takim wdziękiem, że trudno się było nie uśmiechać) i wszechogarniająca radość i słońce po dość długim okresie “jesienno-zimowym”, utwierdzały w każdej chwili, że zarówno moje marzenia, jaki i sama ich realizacja nie poszły na marne. Od kiedy wróciłam (półtora tygodnia temu) staram się uporządkować myśli i rozplanować  w jaki sposób chciałabym opisać całą tą podróż- a chcę to zrobić na pewno, żeby zachować jak najdłużej i jak najbardziej skrupulatnie wspomnienie wszystkich chwil spędzonych w tym rajskim miejscu, ale też być może pomóc przełamać się komuś i spowodować, że ten ktoś przestanie się oglądać i czekać aż jego marzenie samo się spełni i weźmie sprawy w swoje ręce. Ta Kuba, którą dane mi było oglądać, to jeszcze Kuba pogrążona w wegetacyjnym półśnie- radzenia sobie w trudnych warunkach i codziennej walki o przetrwanie, ale też otwierająca powoli oczy na to, co dzieje się na zewnątrz, małymi krokami wpuszczająca świat, wraz z całą jego “cywilizacją” do siebie, przez co zmieniająca się bezpowrotnie. I mimo tego, że wielu okrzyknie te zmiany, które tam nastąpią zmianami “na lepsze”, to ja osobiście obawiam się, że kiedy mieszkańcy tej cudownej wyspy zaczną zamykać się w pudełkach zwanych smartfonami, kupować nowe samochody i zachłysną się muzyką popularną, to świat utraci bezpowrotnie kolejną cząstkę czystej radości i otwartości, którą coraz trudniej w tymże świecie spotkać.

c.d.n.

WP_20160328_16_39_24_Pro

 

 

Co z tą miłością?

Mam wrażenie, że ludzie dzielą się na 4 kategorie*:

1.Szczęśliwie zakochanych i mających dobry związek,

2.Zakochanych i mających związek wyniszczający i nie wnoszący nic dobrego do ich życia poza tym, że nie są sami,

3.Samych, zadowolonych z tego, że tak jest i świadomie z tego korzystających,

4.Samych, ale wciąż myślących o tym jak bardzo z tą samotnością są nieszczęśliwi.

*wiadomo, że mogłoby ich być o wiele więcej w niezliczonych kombinacjach, ale na potrzeby dzisiejszej wypowiedzi te 4 w zupełności wystarczą.

Oczywiście pierwsi mają najlepiej, ale według mnie niewiele gorzej mają ci, których wymieniłam jako trzecich. Coraz więcej czasu w różnego rodzaju dyskusjach poświęca się współczesnym “singlom”- czy oni faktycznie są tacy szczęśliwi na jakich wyglądają? Czy to jest dobra mina do złej gry? Oni na pewno za zamkniętymi drzwiami swoich kawalerek przepłakują noce z braku miłości, i tak dalej i tak dalej… Wiele innych pytań i tez mogłabym jeszcze przytoczyć, tymczasem mam wrażenie, że w tych wszystkich dyskusjach zapominamy o jednym podstawowym fakcie, który brzmi:

Miłość to nie tylko zakochanie i “posiadanie” partnera! 

Miłość to przede wszystkim poczucie, że jest dobrze- ze samym sobą i innymi. Nie mając partnera czasami można mieć w życiu dużo więcej miłości, ciepła, szacunku i poczucia bezpieczeństwa niż w niejednym związku. Bo miłość to wszystko co nas otacza- jeśli do samych siebie nie czujemy miłości to uczucie do drugiego człowieka nie będzie prawdziwe. I niejedna osoba czytając to pomyśli, że może to brednie nawiedzonej “starej panny”, która sama siebie próbuje przekonać do sytuacji, w której się znajduje. Otóż nie- przekonałam się już nie raz i nie dwa, że dopóki nie pogodzę się sama ze sobą nie będzie mi dobrze z nikim innym. Codziennie też odczuwam jak wiele miłości mnie otacza- mając najcudowniejszych przyjaciół pod słońcem, martwiące się o mnie i dbające jak tylko potrafią Mamuty, dobrych pracodawców i wielu wielu innych ludzi, którzy oddają siebie innym równocześnie korzystając z tego, co jest im oddawane.

Przeświadczenie, że żeby być szczęśliwym trzeba kogoś mieć oficjalnie wyrzucam do kosza i nie jest to oświadczenie, że na zawsze już pozostanę sama ze sobą, a raczej deklaracja, że niezależnie od tego, co się będzie w moim życiu działo i tak będę miała serce pełne miłości nie oczekując nic w zamian i ciesząc się każdym przejawem takowej ze strony drugiego człowieka. Bo jak przestaniemy się skupiać na takich szczegółach jak bycie samemu i zajmiemy się tym, co w całościowym spojrzeniu na życie jest najważniejsze- to wszystko inne samo się ułoży i wiele niedostępnych dla nas drzwi nagle się otworzy 🙂

1fbdefaf660cc6c395b7055643a89aba

Druga strona Woodstocku

Przystanek Woodstock jest jedną z najpięknieszych rzeczy, które przydarzyły mi się w życiu. To właśnie przez ten Festiwal, który był moim niespełnionym 16-to letnim marzeniem ułożyło się ono tak, jak się ułożyło. 12 lat temu poinformowałam moją mamę, że chcę pojechać na Woodstock- stwierdziła ona na to, że jasne- mogę jechać, ale pod warunkiem, że skończę szkolenie Pokojowego Patrolu i pojadę tam jako służba informacyjna. Mama wiedziała, że żeby ukończyć takie szkolenie trzeba też ukończyć 18 lat i myślała, że do tego czasu mi przejdzie. Mi jednak nie przeszło- miewałam słomiany zapał do wielu rzeczy, ale z tą jedną zaparłam się i tuż przed moimi “dorosłymi” urodzinami wysłałam swoje zgłoszenie na szkolenie. Pojechałam do Malborka i tam 7 kwietnia 2006 roku zaczęła się moja najdłuższa przygoda życia. Jest rok 2015. Przez te wszystkie lata na Woodstocku nie byłam raz- bo tuż po maturze wyjechałam na całe wakacje do Irlandii. Tydzień, przez który moi patrolowi znajomi byli “na polu” po prostu w tej Irlandii przepłakałam nie potrafiąc nikomu wytłumaczyć dlaczego mam takiego doła. Przez te 9 edycji Festiwalu, na których byłam zobaczyłam może łącznie z 10 koncertów, większość tylko w części. Dopiero w tym roku dotarłam na ASP- też na chwilę i tylko na nocny spektakl. Nie chodziłam nigdy po pasażu pijąc piwo, nie siedziałam na ziemii jedząc jedzenie od Kryszny, nie myłam się pod kranami, nie stałam w kolejce do Toia, bankomatu, czy Lidla. Nie bawiłam się na strefach Play, Allegro i wszystkich innych, w błocie byłam raz i spędziłam tam aż 10 minut. Zamiast tego zdarzało mi się nieprzesypiać kilkudziesięciu godzin, bo najpierw miałam wartę, a potem jeszcze starałam się połapać wszystkie wolne chwile na spotkania tych cudownych ludzi, których nie poznałabym nigdzie indziej. Zakończenia i rozpoczęcia kilka razy obejrzałam ze sceny, przybijałam też na tą scenę deski zanim jeszcze pierwszy Woodstockowicz zdążył pojawić się na polu, wyprowadzałam wóz strażacki przed scenę, a godzinę W oglądałam z dachu karetki. Współorganizowałam olimpiadę, zajmowałam się sprawami administracyjnymi szpitala, zajmowałam się biurem przepustek. Dzięki temu, że zdecydowałam się 9 lat temu pojechać na to jedno szkolenie mam dziś grono najcudowniejszych przyjaciół na świecie, z którymi zwiedziłam już niejedno miejsce i z którymi dzielę setki świetnych wspomnień związanych nie tylko z Woodstockiem. Potrafię nie tylko udzielać pierwszej pomocy, ale również potrafię uczyć innych jak jej udzielać. Dzięki temu, że pojechałam 9 lat temu na to szkolenie mogłam w tym roku zatrzymać się na chwilkę między wykonywaniem kolejnych zadań, wejść z tyłu sceny w trakcie koncertu Flower Power i poczuć dumę i radość, że mam swój już całkiem niemały udział w tworzeniu tej pięknej imprezy jaką jest Przystanek Woodstock, który mimo tego, że kojarzy mi się też z nimałym zmęczeniem jest najbardziej kolorowym i radosnym wydarzeniem, jakiego co roku doświadczam. Dziś mimo tego, że Woodstock skończył się 11 dni temu nadal odbieram maile z podziękowaniami za to, że go tworzymy. Odbieram też telefony z pytaniami o kolejny Finał. Bo dzięki temu, że pojechałam w 2006 roku na szkolenie dziś mam super pracę, w której na codzień robię fajne rzeczy przy okazji pomagając innym. Bo dziś pracuję w tej najbardziej specyficznej i rozpoznawalnej z polskich Fundacji. Czuję z tego powodu dumę i radość. Bo super jest w życiu robić coś, co nas kręci 🙂

11822687_1229934817032068_4328960596349659525_n

Nigdy nie mów nigdy

Słowo “nigdy” często pojawia się w moich wypowiedziach. Zazwyczaj używam go jako swoistej przenośni, bo wypowiadając je miewam na myśli, że w danej chwili nawet przez myśl nie przeszłoby mi zrobienie czegoś, albo, że coś jest po prostu niemożliwe w mojej ocenie. Bardzo często zdarza się tak, że moje “nigdy” zmienia się w “dlaczego nie spróbować czegoś, co jest inne, bądź też czegoś, przed czym się długo broniłam”. Skoro coś jest w stanie wywołać we mnie tak wiele emocji to być może niekoniecznie będzie dla mnie złe?

Już kilka razy przekonałam się, że im coś bardziej “nigdy” tym później okazuje się “bez zastanowienia zrobiłabym to jeszcze raz”. I tak na przykład zaczęłam moją pierwszą “prawdziwie dorosłą” pracę. O miejscu, w którym aktualnie pracuję już 1,5 roku mówiłam “nigdy” najbardziej ze wszystkich moich nigd. Znałam to miejsce i bardzo nie chciałam, żeby stało się ono całym moim życiem (całym się nie stało- ale jest bardzo ważne i bardzo takie, do którego przychodzę z przyjemnością- czasami nawet mam przebłyski bycia pod wrażeniem, że tam pracuję ;)). Tak samo z blogiem, jazdą konną i kilkoma innymi rzeczami.  I wiem teraz już jak bardzo moje nastawienie miało wpływ na takie zablokowanie się na nowe możliwości. I wiem też, że jeśli tylko będę miała taką okazję, to nawet jeśli miałabym paść na zawał i tak skoczyłabym ze spadochronem  (bo to moje kolejne “najbardziej nigdy” na liście). I jestem też coraz pewniejsza, że takie “nigdy” może nam zamknąć wiele ciekawych drzwi, które dla tych co “z radością tego spróbuję, mimo tego, że wywołuje to we mnie pewne obawy” stoją otworem.

I tak właśnie “nigdy nie znajdę pracy takiej, jak chcę”, “nigdy już nie będę szczęśliwa”, “nigdy nie będę dobrze wyglądać”, “nigdy nie pojadę sama w podróż dookoła świata” powodują, że się nasze otoczenie nigdy się nie uśmiecha i nie cieszy się tym wszystkim, czym mogłoby się cieszyć na co dzień. A ja lubię się cieszyć, więc postaram się zapamiętać na zawsze, że “nigdy” może być najfajniejszą rzeczą w moim życiu.

Jej portret

Taki ładny blog, tyle super pomysłów i koncepcji. Widzenie wszystkiego na różowo i tęcza dookoła.

Dałam sobie to pół roku przez które mnie nie było, na przemyślenie kilku rzeczy w moim życiu i na przemyślenie pt.”Jeśli faktycznie chciałabym coś pisać, to jak chcę to robić?”.

I przemyślałam sobie, że owszem- uwielbiam się uśmiechać, śmiać i zaśmiewać. Uwielbiam być miła dla ludzi, bo wtedy jest im miło i oni są dla mnie mili. Uwielbiam moich przyjaciół za to, że po prostu są. Uwielbiam uwielbiać.

Ale lubię też myśleć. Lubię mieć takie momenty, kiedy staję się sarkastyczna, kiedy patrzę na wiele rzeczy z dużo większym dytansem niż się wydaje, lubię ironię czasem nawet cynizm. Nie jestem małą dziewczynką chociaż taką chciałabym być i często (może zbyt często?) jestem jako taka postrzegana.

Najczęściej obserwuję sobie wiele rzeczy zupełnie z boku, dzięki czemu mam zazwyczaj zupełnie inny ogląd na różne sytuacje niż wszyscy w nie zamieszni. Czasami nawet zastanawiam sie czy to nie jest jakiś objaw choroby psychicznej- takie patrzenie z boku nawet na siebie samą, ale później dochodzę do wniosku, że jednak nie- że jest to kolejny złoty środek (po zachowaniu radości życiowej z najmniejszych rzeczy) do utrzymania tego zdrowia psychicznego.

Chciałabym pozostać sobą jak najdłużej jak tylko się da. Nie dać się wciągnąć w żadne wyścigi o cokolwiek, cieszyć się nadal najmniejszymi rzeczami, ale przede wszystkim nie wmanipulowywać siebie w podkolorowywanie mojej rzeczywistości za pomocą internetu. Bo przecież jest to najłatwiej dostępne narzędzie do tego, żeby oszukiwać wszystkich dookoła- że jest dobrze, że jest pięnie i bogato. Nie chcę też oszukiwać samej siebie- bo przecież kłamstwo powtarzane kilka razy staje się rzeczywistością. Tylko, że nadal jest to rzeczywistość fałszywa. I nagle okaże się, że oderwiemy się od monitora, spojrzymy za siebie i za naszymi plecami nikt nie będzie siedział. Nie będzie tam kochającego partnera, nie będzie tam dobrze i zdrowo wychowanych dzieci, nie będzie też przyjaciół, bo jednak ludzie w większości nie są zwolennikami trójkątów typu “Ja, mój przyjaciel i jego tablet/smartfon/laptop”. Nie będzie tam domu i pasji.

Nie chcę żeby internet stawał się moim głównym “podbudowywaczem” poczucia własnej wartości. Chcę podbudowywać to poczucie w inny sposób, a potem może czasem o tym tutaj pisać bo istnieje jakaś mała szansa, że uda mi się zainspirować kogoś do podjęcia działań trochę innych niż zazwyczaj. I zainspirować kogoś do uwierzenia w siebie i paradoksalnie- do odejścia sprzed monitora i podjęcia działań prowadzących do poczucia, że to własnie w ten a nie inny sposób chce sie przeżywać swoje życie.

Śmiej się, żeby nie zwariować

Żyjemy w świecie, w którym zakrzykuje nas telewizja, internet i billboardy reklamowe migające przed oczyma na każdym kroku. Zastanawiamy się cały czas czy jesteśmy wystarczająco dobrzy w tym, co robimy, czy odpowiednio wyglądamy, czy wypadamy elokwentnie na kolejnych rozmowach o pracę, czy też na egzaminach. Nurtują nas pytania- czy mamy wystarczająco dużo znajomych, czy nasze życie w oczach innych jest kolorowe i porywające. Ale przede wszystkim zastanawiamy się często, tak całkiem po ludzku- co niesie ze sobą przyszłość. Czy będzie dobrze i czy uda nam się zrealizować wszystko to, co sobie kiedyś zamierzyliśmy. W natłoku wszechogarniających bodźców często nachodzą nas myśli, że coś może pójść nie tak.

Chcąc być szczęśliwa sama dla siebie, odkryłam jak przyjemnie jest być też szczęśliwym dla innych. Kiedy w mojej głowie pojawiają się wątpliwości, czy ta droga, którą właśnie podążam jest właśnie TĄ drogą- zaczynam śmiać się sama z siebie. Bo przecież wszystko, co się nam przytrafia dzieje się zawsze z jakiegoś powodu i nawet jeśli nie jest to wydarzenie, które mnie uszczęśliwi w danym momencie- będzie ono zapewne kolejną ważną lekcją w moim życiu. Zamiast denerwować się na uciekający autobus, uciekający czas, czy uciekające nam sprzed nosa okazje do zrobienia czegoś innego zacznijmy się po prostu śmiać. Zamiast zazdrościć innym, że potrafią to robić, róbmy to razem z nimi. Uśmiech niesie za sobą życzliwość. Dużo łatwiej jest iść przez życie uśmiechniętym nie tylko dlatego, że łączy to się z lekkością, która wraz z tym specyficznym wyrazem twarzy pojawia się w sercu, ale też dlatego, że podejście innych do nas samych z czasem zaczyna się zmieniać. Bo czyż nie jest przyjemniej pracować w miłej atmosferze? Czy nie jest przyjemniej odpowiadać na pytanie uśmiechniętej osoby? Czy nie jest przyjemniej oddać przysługę takiej właśnie osobie?

I być może właśnie te wszystkie słowa brzmią tak, jakbym zwariowała. Ale wierzcie mi- gdybym traktowała życie na poważnie, na pewno nie czułabym się teraz tak dobrze jak się czuję 😉

O niezapłaconym rachunku

Kiedy nie ma się internetu na co dzień, życie wygląda zupełnie inaczej. Człowiek uczy się na nowo spędzać popołudnia sam ze sobą. Czasu nagle robi się więcej i poszukuje się alternatywnych metod zajmowania swoich myśli. Bo mając internet i komputer często (zbyt często?) poddajemy się złudzeniu, że spędzając czas przed komputerem- nie spędzamy tego czasu sami. A potem nagle zapomnimy zapłacić rachunku za internet, bądź też zepsuje nam się komputer i wpadamy w panikę, bo nie mamy pojęcia co ze sobą zrobić. Po kilku dniach zaczynamy sobie przypominać, że przecież jeśli nasi najbliźsi nie są w tym samym mieście co my, to możemy do nich zadzwonić. Już przez rozmowę telefoniczną odbiera się emocje zupełnie inaczej, niż przy pomocy emotikon. Potem przypominamy sobie, że istnieją książki, że można spacerować i rozglądać się dookoła a nie wpatrywać cały czas w ekran naszego e- urządzenia. Zaczynamy sobie też przypominać, że można w swoim  życiu spotykać i poznawać nowych ludzi i patrzeć w ich oczy i śmiać się z nimi. Uczymy się, że przebywanie w ciszy nie jest aż takie przerażające, a jak już nam się znudzi ta cisza, to możemy włączyć “analogowe” radio, które jeszcze gdzieś zalega w naszej szafie. I nagle zaczynamy tęsknić to tego podwórka, na którym spędzaliśmy całe popołudnia bawiąc się wymyślonymi zabawkami w wymyślonym domku i do tego śmiechu, który rozlegał się całymi dniami wszędzie tam, gdzie były dzieci.

Ja już chyba nie zapłacę tego rachunku 🙂